Teraz ślęczę przed monitorem Maca, i próbuję odtworzyć wszystko, co zasłyszałem. Proszę wybaczyć, że niekoniecznie chronologicznie. Trochę z przekory ten chaos, a częściowo z przemyślanej struktury narracyjnej to wynika. Ale może przede wszystkim: z impulsów. Tak, tych, co rozbłyskują tu i ówdzie. I każą opowiadać: siadaj i gadaj. Nothing more.
Pewien mój przyjaciel wygrał sporo kasy w teleturnieju, popularnym i produkowanym przez komercyjną stację o niezłej oglądalności. Jasne, że zapamiętał te chwile, ale najbardziej utkwiło mu w pamięci coś innego. Otóż po powrocie do swego rodzinnego miasteczka, już po emisji (teleturnieje w Polsce nigdy nie są nadawane na żywo na wypadek jakiejś wpadki albo zbyt dużej, niespodziewanej wygranej; nigdy też zwycięzca nie dostaje pieniędzy do ręki lub choćby na czas, a dopiero „po upływie 90 dni roboczych, przelewem na wskazany rachunek bankowy”). No więc po powrocie był gwiazdą. Krótko, ale intensywnie. Kiedyś siadł w miejscowej knajpie, ale nie mógł wypić piwa, które zamówił. Wciąż ktoś stawiał mu drinki (trwało to kilka tygodni), i nakazywał: gadaj, ja ktam było. No, opowiadaj. Może – jaki jest ten znany Chybisz, prezenter i twarz reklamy slim herbatki z gażą pięćdziesięciu tysi za trzydziestosekundowy spot. Kiedy za którymś razem ta banda prymitywów śliniących się na myśl o jakiejś ekscytującej historyjce, marzących o dotknięciu świata mediów (z telewizora, a więc prawdziwego) lub choćby liźnięcia w dupę Mody (skandalizującej wokalistki) przekroczyła granice tolerowane przez układ nerwowy, wrzasnął: - Nie. Nie chce mi się. Wypierdalać do swoich stolików! – trząsł się i darł w niebogłosy. O, stanowczo za wiele. Pomyliły mu się role. To on musiał spierdalać na z góry upatrzone pozycje, unikając linczu.
Siedź, patrz i gadaj.Tokuj.
Tymczasem on zwykł siedzieć i czytać. Sam. Może jeszcze dumać nad planem, kolejnym z tych niezrealizowanych. – Colę poproszę – wymruczał i zatopił się w książce. Z wysiłkiem, bo świeżo zadrukowane kartki powodowały w nim alergiczny katar i drażniące uczucie w gardle). – OK, Cola – usłyszał zza pleców. – Ale normalna czy Zero? – Normalna… Ale... - to przecież fantastyczne pytanie („Otóż to jest znakomite pytanie” – mawia pewien popularny agent TW Ketman); przecież powinien wybrać Zero. To marka stworzona dla niego; dla całych mas, takich jak on. Coca-Cola Zero, submarka genialnego brandu dwudziestego stulecia. Równie popularny, co mix Red Bulla z wódką, stanie się drink Cola plus denaturat. Totalna rewolucja czasów postpolitycznych i ostatecznych. Cudowny napój last / lost generation. „Wypróbuję go na pewno!” Miksujesz, przechylasz: „Mam-i-ja!”. Że zacytuję klasykę, Just do it.
skomentuj (0)Nie wiedział, co będzie dziś, jutro, za rok. Wiedział, co było. Aż nadto dobrze, więc wsiadł do pociągu. Nie myślał. No właśnie: n i e m y ś l a ł. O tym, że nie myślał, pomyślał znacznie później. Teraz zaskakuje go znacznie mniej, niż wówczas. Ale zdziwił się, z niedowierzaniem ciągle kręci głową na tą myśl nawet teraz. Jak to - nie wiedział, co będzie, a nie kalkulował, nie rozmyślał. Zdał się na instynkt, co w jego przypadku należy do rzadkości.