2. 2008-08-07 09:20:04

Teraz ślęczę przed monitorem Maca, i próbuję odtworzyć wszystko, co zasłyszałem. Proszę wybaczyć, że niekoniecznie chronologicznie. Trochę z przekory ten chaos, a częściowo z przemyślanej struktury narracyjnej to wynika. Ale może przede wszystkim: z impulsów. Tak, tych, co rozbłyskują tu i ówdzie. I każą opowiadać: siadaj i gadaj. Nothing more.

Pewien mój przyjaciel wygrał sporo kasy w teleturnieju, popularnym i produkowanym przez komercyjną stację o niezłej oglądalności. Jasne, że zapamiętał te chwile, ale najbardziej utkwiło mu w pamięci coś innego. Otóż po powrocie do swego rodzinnego miasteczka, już po emisji (teleturnieje w Polsce nigdy nie są nadawane na żywo na wypadek jakiejś wpadki albo zbyt dużej, niespodziewanej wygranej; nigdy też zwycięzca nie dostaje pieniędzy do ręki lub choćby na czas, a dopiero „po upływie 90 dni roboczych, przelewem na wskazany rachunek bankowy”).  No więc po powrocie był gwiazdą. Krótko, ale intensywnie. Kiedyś siadł w miejscowej knajpie, ale nie mógł wypić piwa, które zamówił. Wciąż ktoś stawiał mu drinki (trwało to kilka tygodni), i nakazywał: gadaj, ja ktam było. No, opowiadaj. Może – jaki jest ten znany Chybisz, prezenter i twarz reklamy slim herbatki z gażą pięćdziesięciu tysi za trzydziestosekundowy spot. Kiedy za którymś razem ta banda prymitywów śliniących się na myśl o jakiejś ekscytującej historyjce, marzących o dotknięciu świata mediów (z telewizora, a więc prawdziwego) lub choćby liźnięcia w dupę Mody (skandalizującej wokalistki) przekroczyła granice tolerowane przez układ nerwowy, wrzasnął: - Nie. Nie chce mi się. Wypierdalać do swoich stolików! – trząsł się i darł w niebogłosy. O, stanowczo za wiele. Pomyliły mu się role. To on musiał spierdalać na z góry upatrzone pozycje, unikając linczu.

Siedź, patrz i gadaj.Tokuj.

Tymczasem on zwykł siedzieć i czytać. Sam. Może jeszcze dumać nad planem, kolejnym z tych niezrealizowanych. – Colę poproszę – wymruczał i zatopił się w książce. Z wysiłkiem, bo świeżo zadrukowane kartki powodowały w nim alergiczny katar i drażniące uczucie w gardle). – OK, Cola – usłyszał zza pleców. – Ale normalna czy Zero? – Normalna… Ale... - to przecież fantastyczne pytanie („Otóż to jest znakomite pytanie” – mawia pewien popularny agent TW Ketman); przecież powinien wybrać Zero. To marka stworzona dla niego; dla całych mas, takich jak on. Coca-Cola Zero, submarka genialnego brandu dwudziestego stulecia. Równie popularny, co mix Red Bulla z wódką, stanie się drink Cola plus denaturat. Totalna rewolucja czasów postpolitycznych i ostatecznych. Cudowny napój last / lost generation. „Wypróbuję go na pewno!” Miksujesz, przechylasz: „Mam-i-ja!”. Że zacytuję klasykę, Just do it.

skomentuj (0)

1. 2008-08-03 16:05:03

Nie wiedział, co będzie dziś, jutro, za rok. Wiedział, co było. Aż nadto dobrze, więc wsiadł do pociągu. Nie myślał. No właśnie:  n i e  m y ś l a ł. O tym, że nie myślał, pomyślał znacznie później. Teraz zaskakuje go znacznie mniej, niż wówczas. Ale zdziwił się, z niedowierzaniem ciągle kręci głową na tą myśl nawet teraz. Jak to - nie wiedział, co będzie, a nie kalkulował, nie rozmyślał. Zdał się na instynkt, co w jego przypadku należy do rzadkości.

W pociągu. Na ponad sto miejsc, ponad sto zajętych w jego wagonie. Łącznie z wykupionym miejscem (25 zł w tym 7 % vat). Udał się do Warsa. (Zawsze zastanawiał się: Warsu czy Warsa; ale pozostał przy "Warsa"). No więc udał się, nie udając nikogo, kim nie był, ani nawet mógłby być przy chęci odrobinie, szczęścia czy i czego tam jeszcze. Siadł przy wolnym stoliku, na szczęście trafił na taki. Tego nie znosił, obawiał się przepełnionych miejsc, wcześniej zajętych, zaklepanych, zarezerwowanych, a dających skrawek przestrzeni na to, by przysiąść się. Gdyby nie było stolika wolnego  c a ł k i e m, to już tragedia. Straszliwy przypadek albo czyjaś złośliwość. 
Chociaż tyle: wolny stolik tym razem, więc zdecydował się na kawę ohydną, z góry taką właśnie i zawczasu zaplanowaną. Przez niego i prowadzących wagon barowy. Tak, że nie było mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu. Kawa (4 zł) z mlekiem w kapsułce marki Champion z Czempinia (0,40 zł). Swoją drogą, czy używają kasy fiskalnej? Nigdy nie dają paragonu. Co innego bilet PKP, tam wszystko jasne, wyszczególnione. Wiadomo, ile łożysz na Państwo Polskie kupując bilet na przejazd koleją. Państwową zresztą.
Nic nie mogło go zaskczyć. Nie chodzi o kawę, że mogłaby być nie taka. O ogół chodzi, spóźnienie pociągu, niespodziewane spotkanie, niezwykła znajomość z podróży. Nie, nic z tych rzeczy. Zamknął się od wewnątrz. Wtulił się w siebie, rozłożywszy wcześniej "Gazetę Wyborczą" (1,50 zł w tym VAT 7 %) i "Tygodnik Powszechny" (4 zł w tym VAT).
Jechał. Wszystko drżało. Kawa na stoliku, dłonie, serce. Jechał, a w oknie migały światła, przesuwały się krajobrazy leśno-rolnicze. Z hukiem mijano pomniejsze stacje, na których pociąg ten nie miał w zwyczaju zatrzymywać się. Trwała podróż.
 

skomentuj (0)

Księga Gości